DEBATA PUBLICZNA: gdy pytanie o fakty zamienia się w atak na pytającego
W debacie publicznej nie zawsze problemem jest samo milczenie władzy.
Czasem problemem jest coś subtelniejszego: mechanizm, w którym po zadaniu niewygodnego pytania nie pojawia się odpowiedź na temat, tylko grupa osób zaczyna bronić jednej narracji.
Nie dokumentem.
Nie uchwałą.
Nie protokołem.
Nie wynikiem głosowania.
Tylko emocją, komentarzem, docinką albo próbą zawstydzenia pytającego.
Pytasz o koszty – słyszysz, że się czepiasz.
Pytasz o uchwałę – słyszysz, że robisz aferę.
Pytasz o głosowanie radnych – słyszysz, że atakujesz ludzi.
Pytasz o jawność komisji – słyszysz, że przesadzasz.
Pytasz o przetarg – słyszysz, że się nie znasz.
I w tym momencie debata publiczna przestaje dotyczyć sprawy. Zaczyna dotyczyć osoby, która odważyła się zapytać.
To jest mechanizm strażników narracji
W psychologii relacji funkcjonuje pojęcie „flying monkeys”, często tłumaczone jako „latające małpy”. My nie używamy tego określenia po to, żeby kogokolwiek obrażać. Nie chodzi o nazywanie mieszkańców, komentujących czy sympatyków władzy w taki sposób.
Chodzi o mechanizm.
Mechanizm polega na tym, że wokół osoby lub środowiska posiadającego wpływ powstaje grupa ludzi, która zaczyna wzmacniać jedną wersję wydarzeń. Czasem świadomie, czasem nieświadomie. Czasem z lojalności, czasem z sympatii, czasem z zależności, czasem z przyzwyczajenia, a czasem dlatego, że łatwiej powtórzyć gotowe hasło niż samodzielnie sprawdzić dokumenty.
W lokalnej debacie nazwalibyśmy ich raczej strażnikami narracji.
To osoby, które pilnują, żeby rozmowa nie poszła za daleko.
Gdy pojawia się pytanie o fakty, przesuwają rozmowę na emocje.
Gdy pojawia się pytanie o dokumenty, pytają o intencje.
Gdy pojawia się pytanie o odpowiedzialność, mówią o „ataku”.
Gdy pojawia się pytanie o jawność, mówią o „czepianiu się”.
Efekt jest prosty: zamiast wyjaśnić sprawę, tworzy się atmosfera, że samo pytanie jest czymś niewłaściwym.
Najważniejsze pytanie brzmi: czy ktoś odpowiada na meritum?
W debacie publicznej każdy ma prawo mieć swoje zdanie. Każdy ma prawo bronić burmistrza, radnego, urzędu, inwestycji czy konkretnej decyzji.
Ale jest jedna granica.
Merytoryczna obrona wygląda tak:
„W uchwale zapisano to i to”.
„W protokole głosowania było tak”.
„Koszt wyniósł tyle”.
„Podstawą prawną jest ten przepis”.
„Komisja omawiała ten temat w tym dniu”.
„Dokument znajduje się tutaj”.
To jest rozmowa o faktach.
Ale jeżeli zamiast tego słyszymy:
„Znowu się czepiacie”.
„Nie macie innych problemów?”
„Robicie politykę”.
„Jesteście przeciwko miastu”.
„Tylko krytykujecie”.
„Dajcie ludziom pracować”.
To najczęściej nie jest odpowiedź. To jest próba przesunięcia rozmowy z faktów na emocje.
A kiedy fakty znikają z rozmowy, mieszkańcy tracą możliwość realnej oceny sprawy.
Władza publiczna nie jest ofiarą pytań
Trzeba to powiedzieć jasno.
Pytanie o publiczne pieniądze nie jest atakiem.
Pytanie o głosowanie radnego nie jest hejtem.
Pytanie o uchwałę nie jest nagonką.
Pytanie o przetarg nie jest złośliwością.
Pytanie o jawność komisji nie jest awanturą.
To jest normalna kontrola obywatelska.
Miasto nie jest prywatną własnością żadnej osoby, żadnej grupy, żadnego środowiska i żadnego układu towarzyskiego. Miasto jest wspólnotą mieszkańców.
Jeżeli decyzje są podejmowane za pieniądze mieszkańców i w imieniu mieszkańców, to mieszkańcy mają prawo pytać. A osoby pełniące funkcje publiczne muszą umieć na te pytania odpowiadać.
Nie łaskawie.
Nie po obrażeniu się.
Nie dopiero wtedy, gdy temat zrobi się głośny.
Tylko normalnie, rzeczowo i publicznie.
Jak rozpoznać mechanizm obrony narracji?
Wystarczy zadać jedno proste pytanie:
Czy dana odpowiedź odnosi się do sprawy, czy do osoby pytającej?
Jeżeli ktoś pokazuje dokument – rozmawiamy.
Jeżeli ktoś podaje liczby – rozmawiamy.
Jeżeli ktoś wyjaśnia głosowanie – rozmawiamy.
Jeżeli ktoś wskazuje podstawę prawną – rozmawiamy.
Ale jeżeli ktoś od razu atakuje pytającego, podważa jego intencje, ośmiesza temat albo próbuje go zawstydzić, to mieszkańcy powinni zapalić sobie ostrzegawczą lampkę.
Bo może właśnie nie chodzi o wyjaśnienie sprawy.
Może chodzi o to, żeby nikt więcej o nią nie pytał.
Nasza metoda: dokument – fakt – pytanie
Dlatego w W Czeladzi TV będziemy trzymać się prostej zasady:
dokument – fakt – pytanie.
Jaka uchwała?
Jaki protokół?
Jaki koszt?
Kto głosował?
Jaka była podstawa prawna?
Czy mieszkańcy wiedzieli wcześniej?
Czy komisja była jawna?
Czy jest nagranie?
Czy można sprawdzić pełny przebieg sprawy?
Nie interesuje nas bicie piany. Nie interesuje nas wojna personalna. Nie interesuje nas obrażanie kogokolwiek.
Interesuje nas to, czy mieszkańcy Czeladzi mają realny dostęp do informacji o tym, jak podejmowane są decyzje w ich mieście.
Czeladź potrzebuje lepszych odpowiedzi, nie mniej pytań
Najgorsze, co może stać się w samorządzie, to atmosfera, w której mieszkańcy zaczynają bać się pytać.
Bo ktoś ich wyśmieje.
Bo ktoś nazwie ich awanturnikami.
Bo ktoś powie, że „szkodzą miastu”.
Bo ktoś zasugeruje, że samo pytanie jest problemem.
Nie. Problemem nie są pytania.
Problemem jest brak odpowiedzi.
Problemem jest rozmywanie tematów.
Problemem jest zamiana debaty o faktach w debatę o emocjach.
Problemem jest sytuacja, w której ktoś pyta o dokument, a słyszy ocenę swojej osoby.
Czeladź nie potrzebuje ciszy.
Czeladź potrzebuje jawności.
Czeladź nie potrzebuje klakierów.
Czeladź potrzebuje mieszkańców, którzy sprawdzają, pytają i patrzą władzy na ręce.
Bo dobra decyzja obroni się dokumentami.
Dobra uchwała obroni się uzasadnieniem.
Dobry przetarg obroni się warunkami.
Dobry radny obroni się głosowaniem i argumentem.
Dobra władza nie boi się pytań.
Dlatego będziemy pytać dalej.
Spokojnie. Rzeczowo. Konsekwentnie.
Bo Czeladź nie potrzebuje mniej pytań. Czeladź potrzebuje lepszych odpowiedzi.
#WczeladziTV #Czeladź #DebataPubliczna #Jawność #Samorząd #MieszkańcyPytają #DokumentFaktPytanie


Leave a Reply